Input your search keywords and press Enter.

Jezus był w rodzinie mafijnej. Których ludzi Bóg kocha bardziej?

Odpowiedzi na te nurtujące pytania dostarczy nam Bill Burr.

Burr to gospodarz The Monday Morning Podcast (na zdjęciu po prawej) i jeden z najbardziej znanych stand-uperów na świecie. Bywa kontrowersyjny, ale w pozytywny, inteligentnie zaczepny sposób.

Jego styl uprawiania komedii, szczególnie, kiedy prowadzi swój podcast, to strumień świadomości i dużo improwizacji.

Właśnie w takich okolicznościach powstała poniższa opowieść o boskiej rodzinie mafijnej, o Jezusie z gołą klatą i o tym, których ludzi Bóg (kimkolwiek miałby być) kocha najbardziej. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.

Zegarki na Ceneo

Bill Burr w środku wydania swojego programu o koronawirusie i przejściu przez USA najtrudniejszego tygodnia, nagle zaczyna – pozornie – odbijać od swojego głównego tematu.

Cytuję:


„(…) Posłuchajcie. Lata czytania i nauki historii nauczyły mnie o takich momentach przede wszystkim jednej rzeczy:

Bóg kocha wszystkich. Ok? Ale niektórych kocha… bardziej.
Wszystko zależy od tego, którą czytasz książkę.

Jeśli czytasz Koran, to Bóg najbardziej kocha muzułmanów. Jeśli czytasz Biblię, to najbardziej kocha chrześcijan. I tak dalej.

Jeśli jesteś Żydem i czytasz.. Jak ta ich Biblia się nazywała?! Tora? A może to był taki rodzaj sushi?

Nie, oni na pewno mają swoją biblię. Po prostu przestali na pierwszej części, zatrzymali się na Starym Testamencie. Inni ciągnęli to dalej aż nakręcili „Ojca Chrzestnego 3”.

Całkiem niepotrzebnie. Słyszę ich refleksję po fakcie „powinniśmy przestać na klasyku, ale byliśmy chciwi i ciągnęliśmy historię dalej”.

Wiem, że to trudny, dziwny czas. Jeśli jednak przeżyłeś aż tak długo, to muszę ci powiedzieć, że ten niewidzialny facet, który gada z tobą przez to małe urządzonko w środku twojej klatki piersiowej, najwidoczniej kocha cię bardziej niż innych ludzi.

Nauczyłem się tego też chodząc do kościoła co tydzień jako dziecka.

La, la, la, la, Je zus ko cha nas naj baar dziej, mimo że przecież stworzył wszystkich równymi. Chociaż, poczekajcie! Jezus nie stworzył wszystkich.

Jezus jest dla mnie trochę takim Donaldem Trumpem boskiej rodziny.

Najpierw Bóg buduje imperium, cały wszechświat. Górę i dół, białe i czarne, alfę i omegę, początek i koniec, liczby parzyste i nieparzyste.. czy jakkolwiek to jest opisane w tej książce z zabobonów.

Wtedy na gotowe przychodzi Jezus. Ok, trzeba mu przyznać, że ma przynajmniej lepszą fryzurę niż Donald Trump, ale ze swoimi włosami też pewnie wymyślał coś dziwnego.

I co robi Jezus na ziemi? Zaczyna się popisywać. Chodzenie po wodzie.. Koszyk chleba? Patrzcie na to! Już starczy dla każdego! A co to jest za twoim uchem? O, zobacz, kolejny bochenek chleb!

Pewnie chodził ciągle bez koszulki. Robił cokolwiek, żeby go zapamiętano. Nie mógł przestać trajkotać więc zwracał na siebie za dużo uwagi. I co się stało? Jak to się skończyło?

Tak samo, jak kończy się w każdej szanującej się mafijnej rodzinie: został odstrzelony.

Jezus stał się większym problemem niż zysk, który przynosił rodzinie.

Może gdyby przestał chodzić bez koszulki i poprzestał tylko na jednym małym cudzie co jakiś czas, bez świadków.. Ale to nie było w jego stylu.

Widział przecież, co jego ojciec osiągnął w 6 dni. Stworzył wszechświat i 7 dnia miał już nogi wyłożone na kanapie, odpoczywał.

Więc teraz wyobraźcie sobie, że jesteście Jezusem. Macie już dziwny układ w rodzinie. Józef patrzy na was krzywo, bo jego żona dostała od Boga… a nie, stop, on tylko na nią spojrzał i łuuuuhuu, już była w ciąży (‚ kochanie, to nic nie znaczyło, naprawdę!’).

Ech, tak trudno jest być na bieżąco z tymi wszystkimi historiami. Nie ma w nich takiego jednego, pewnego punktu zaczepienia. Chociaż, może w tej historii, to ta dwójka ludzi, Jezus i Maria?

A właśnie! Był kiedyś taki zespół, The Jesus And Marry Chain. Kurcze, jak się nazywał ten ich największy przebój… Muszę to teraz sprawdzić!”


W tym momencie Bill Burr odlatuje w stronę kolejnych, zupełnie innych rozważań. Wątek boskiej, mafijnej rodziny porzuca i już do niego nie wraca (może kiedyś rozwinie go, w którymś ze swoich stand-upów).

Cóż, taki urok jego podcastu.

Piosenka, której zaczął wtedy szukać nazywa się „Just Like Honey”. Dobrze się składa pod puentę: jeśli potrzebujecie trochę miodu (w formie sarkastycznego poczucia humoru) na swoje pogrążone w smutku serca, koniecznie sprawdźcie Billa. Na pewno pomoże!