Input your search keywords and press Enter.

“MANIAC” (8/10) recenzja

Netflixowski „Maniac” jest tak odważną próbą stworzenia czegoś pięknego, że nawet jeśli nie wszystko się w niej powiodło, całość i tak zasługuje na wielkie słowa uznania.

Wbrew temu, co pisałem na bieżąco, w trakcie oglądania tego serialu:

– że męczy
– że jest trudny
– że chyba zrezygnuję w połowie
– że długa każe czekać na nagrodę

…ostatecznie wybaczam mu wszystkie te „wady” i stwierdzam, że było warto. Nie była to fast-foodowa kulturowa przyjemność, ale regularnie nie byłem w stanie się od niej oderwać. 10 odcinków obejrzałem w dwa dni.

To prawda, że w związku z przyjętą formą, Maniac nie będzie serialem dla wszystkich. A szkoda, bo opowiada o rzeczach uniwersalnych, ostatecznych, bolesnych, codziennych, śmiesznych, tragicznych, wzruszających, pocieszających, wciągających, zastanawiających i zmieniających rozumienie świata. Lub światów.

Warto jednak na wstępie wiedzieć, że jeśli macie zamiar przerywać oglądanie i zastanawiać się czemu ta japońska firma jest zlokalizowana w Nowym Jorku albo czemu część (japońskich) okrzyków nie jest przetłumaczona, nie zajdziecie w tym serialu daleko. Trzeba lubić i szanować hiperbole, żeby polubić się z tą produkcją. To zresztą tylko delikatne przykłady. Nie chciałbym Was już na wstępie straszyć opowieściami o elfiej podróży do Jeziora Chmur czy rodzinnej gangsterskiej sadze z wiertłami w roli (i skroni) głównej.

Jest też takie jedno pytanie, którego – dla własnej przyjemności oglądania – zadawać sobie w trakcie Maniaca nie wolno. Może przyjmować różne formy, ale sprowadza się do: „ale czy to wydarzyło się naprawdę?” / „co właściwie się dzieje?”. Moim zdaniem Maniac jest jednym z tych seriali, któremu trzeba dać się ponieść, mimo że często będzie zdawał się próbować raczej odsunąć nas od ekranu niż przyciągnąć bliżej. Zamiast -logicznie- myśleć, pozwólcie sobie raczej na odczuwanie.

Podobnie jak w genialnym  Better Call Saul, tutaj czasami też trzeba przesiedzieć 20-minutową sekwencję wydarzeń, żeby dowiedzieć się po co je oglądaliśmy i czy była to retrospekcja, sen, fantazja, wizja przyszłości czy tylko pomyłka szalonego komputera prowadzącego eksperyment.

Ale Maniac nie jest – jak częściowo próbuje się go promować – „totalnie odjechany” i niekoniecznie (jak wytwornie pisze noizz.pl) „zryje wam banie”. To bardzo mądra konstrukcja, która nagromadzeniem nietypowych środków wyrazu odwołuje się to głębi naszej wrażliwości. Mówi o czymś autentycznym, pozwala sięgnąć po doznania mocno katartyczne.

Owszem, czasami oszuka nas i kiedy pełni uczuć będziemy pozować przed jej obiektywem do zdjęcia, odwróci aparat i sfotografuje własną pachę (kto widział serial, ten zrozumie odniesienie). Wbrew pozorom wszystko ma jednak swój wyraźnie określony cel (kto nie płacze po wyjaśnieniu przez Annie historii z lemurem, ten z policji), a gra twórców na emocjach widzów, zawodzenie ich oczekiwań i niespodziewane wynagradzanie, wciąga jeszcze bardziej.

Na początku serial i jego bohaterowie mogą wydawać się nieprzystępni, ale obiecuję, że później większość z Was doprowadzi do łez w co najmniej kilku momentach. Trudno klasyfikować Maniaca i te gatunkowo-znawcze popisy zostawię innym. Wolę myśleć o nim na poziomie popkulturowych książek o psychologii, z których moglibyśmy hasłowo teraz cytować określenia takie, jak „metafora życia”, „rozważania nad sensem istnienia”, „i tym, czy rzeczywistość istnieje” albo pytać – czerpiąc jednak z bardziej górnolotnych źródeł – „czy to w ogóle ma jakieś znaczenie?”.

Pisanie o tym, co spotkacie w Maniacu będzie każdorazowo spoilerem więc pozostanę przy ogólnikach, ale uwierzcie, że każdy znajdzie tam cząstkę siebie (kto np. nie ukrywa wspomeniania „najgorszy dzień w życiu”?). Zakładam, że nie wszyscy mamy na papierku zdiagnozowaną, poważną chorobę psychiczną, ale wiem, że po obejrzeniu tego serialu wszyscy poczujecie się o wiele zdrowsi.

To takie lekarstwo, którego nie wiedzieliście, że potrzebujecie. Zalecam jego branie w dużych dawkach.

PS. soundtrack jest po prostu przepiękny i idealnie dopasowany do najważniejszych momentów całej serii.
PS.2. Emma Stone nie musi na szczęście nieść całego przedsięwzięcia na plecach swojego rozkosznie dobrego, choć w tym serialu głównie cierpkiego aktorstwa, ale być może pierwszy raz ma tak dobrą szansę pokazać, jak „wielowymiarową” jest aktorką.

  • Adrian Fulneczek,
    adrian.fulneczek@gmail.com